nie ma to jak przywalić znajomemu programiście…

kiedyś już były o tym informacje ale przedwczoraj napisało o tym usatoday – dodając wiarygodności.

skracając: w okolicach krzemowej doliny panowie technicy bawią się organizując walki na modłę “fight clubu" (taki film z bradem pittem i edwardem nortonem).

spotykają się po pracy, u kogoś w domu, zakładają szczątkowe ochraniacze i dają upust instynktom.

pomysł interesujący. czy ktoś robi coś takiego w polsce?

http://www.usatoday.com/tech/news/2006-05-29-fight-club_x.htm

sun + opteron, sun + ubuntu

co prawda nie jest to oficjalnie obwieszczone, ale bezproblemowo można znaleźć “ślady" nowego serwera suna – X4600. będzie to maszyna z 8 procesorami opteron.

maszyny tego typu od jakiegoś czasu są już dostępne, np. z western scientific , ale serwer suna będzie pierwszym 8 procesorowym serwerem pochodzącym od procudenta “tier-1" (najwyższej półki, zasadniczo sun, hp, dell, ibm).

wyceny jakie widziałem pisały o cenie 43000 funtów (ze zniżką edukacyjną) za maszynę z 8x opteron 885, 32 giga ramu, 2 dyski 73 giga sas,  i jakimiś jeszcze dodatkami. miłe 🙂

dodatkowo – sun od niedawna sprzedaje serwery z nowymi procesorami – codename niagara. intersujące architektura – 8 rdzeni w procesorze, przetwarzanie mocno wielowątkowe (o ile pamiętam 4 jednocześnie wykonywane wątki na rdzeń).

całość milutka, cichutka, chłodna (nie grzeje się), tyle, że nisko taktowana – 1 ghz – i podobno nie da się więcej.

do zastosowań matematycznych się nie nadaje, ale jak chcemu mieć równoległe przetwarzanie to fenomenalna sprawa 🙂

anyway, do tej pory niagary były jedynie pod solarisem, natomiast teraz sun podpisał umowę z canonicalem (firmą która stoi “za" ubuntu) i ubuntu staje się drugim systemem oficjalnie obsługującym tę platformę. dodatkowo będzie można kupić komercyjny support do upuntu na niagarze – za jedyne $700 rocznie. i świat stał się piękniejszy 🙂

sztuczna rafa na lotniskowcu … dosłownie na.

marynarka wojenna każdego kraju ma stare okręty z którymi nie wiadomo co robić.

jak ktoś zechce starocia kupić aby przerobić na muzeum czy park rozrywki – super. ale nie zawsze tak jest. w dodatku niektórym statkom (aczkolwiek nie wiem dlaczego) nie przysługuje status pomnika historii.

taka sytuacja zdażyła się w przypadku lotniskowca stanów zjednoczonych nazywającego się oriskany. wycofany ze służby w 1976 roku jakoś nie mógł nigdzie zakończyć żywota. nikt nie chciał go kupić. 3 razy próbowano go zezłomować, ale bez efektu. nikt nie chciał przyjąć·

w końcu marynarka wpadła na interesujący pomysł. kosztem 20 milionów dolarów i 3 lat pracy pozbyli się z okrętu wszystkiego co szkodliwe, tak aby można go było bez szkody dla środowiska zatopić.

jako miejse zatopienia wybrano okolice florydy.

po zatopieniu ma się przekształcić w rafę koralową – specjalnie przygotowano powierznie (cokolwiek by to nie znaczyło) by rafa powstała szybciej i skuteczniej.

przewiduje się, że będzie wielką atrakcją dla nurków i wędkarzy.

jak okręt wyglądał przed zatopieniem i w trakcie można obejrzeć na tej stronie – wygląda interesująco. czy za jakiś czas będzie można kupić bilet na nurkowanie do oriskany?

tuningowa nowość

to, że samochody można “tuningować" na różne sposoby to wszyscy wiedzą.

podświetlane wycieraczki, antenki, podwozie, felgi wyśietlające wzorki.

to wszystko jest już stare.

ale teraz coś nowego:

podkładka pod tablicę rejestracyjną wyświetlająca napisy.

co prawda na rozmiar amerykański, ale pewnie niedługo pojawią się przeróbki dla polaków.

czyż to nie piękne? będzie można wyświetlić “dziękuję" jak ktoś nas wpuści, czy “przepraszam" jak coś się zrobi źle.

choć oczywiście pojawią się też pewnie ludzie z włączonym na stale sp…aj czy innymi ciekawostkami.

boston port – warszawa

z racji załatwiania spraw na mieście zjadłem dziś w restauracji. wow!. jako dostawcę kalorii wybrałem boston port – knajpkę na żelaznej specjalizującą się w rybach (aczkolwiek mają też inne rzeczy).

najpierw – zupka. pół porcji (cała uniemozliwiła by mi zajęcie się drugim daniem) zupy rybnej. zupa ta nie ma innej nazwy i jest zupą – kremem z wielu różnych gatunków ryb. nie podejmuję się opisać tak aby odzwierciedlało to rzeczywistość, ale: zupa jest bardzo gęsta, ze sporymi kawałkami mięsa ryb w środku, dobrze doprawiona. pycha. do tego kawałek pieczywa czosnkowego. sama taka zupka powoduje, że człowiek jest najedzony.

ale stwierdziłem, że zjem drugie.

na drugie – kargulena smażona. cud miód i orzeszki. fenomenalny kawałek pozywienia dla ciała i duszy. do tego wziąłem sobie pieczywo czosnkowe z serem (uwielbiam, i próbuję wszędzie gdzie oferują) – pomyłka. niedobre. ale rybka pierwsza klasa.

gdybym był rybą i wiedziałbym, że mój koniec to patelnia i żołądek jakiegoś dwunoga, wybierałbym celowo takie sieci by trafić do boston portu. potrafią przyrządzić i podać.

koszt – w miarę standardowy. za 2 obiady (praktycznie identyczne) łącznie zapłaciliśmy 85pln. na osobę 42.5 – trochę mniej niż niedawno w słowiańskiej na placu zamkowym – a żarcie o niebo lepsze.

gdybyście chcieli sprawdzić – zachęcam. adresu nie pamiętam, ale żelazna, jadąc od alej jerozolimskich, po prawej stronie kilkanaście metrów przed pańską. zaznaczyłem na stronach wikimapii. link puszczam via 42.pl bo wordpress nie chce mi puscic urla z # w linku 🙁

cudowny świat kosztów administracyjnych

5 lat temu kupiłem samochód na kredyt. jakoś niedawno go spłaciłem i przystąpiłem do procedury usunięcia wpisów w dowodzie o zastawie.

przy okazji dowiedziałem się kilku rzeczy:

  1. jak bank występuje o zastaw rejestrowy płaci ok. 200 pln
  2. jak spłacę cały kredyt to muszę zapłacić 30-kilka złotych za postanowienie o zdjęciu zastawu
  3. po uprawomocnieniu postanowienia muszę odebrać pismo – kolejne 12 pln.
  4. później zmiany w dowodzie rejestracyjnym – nie wiem ile, bo sąd zajmuje dużo czasu, i nie zdążyłem dziś – też nie za darmo.

jeszcze bym rozumiał te koszty gdyby była z tym związana jakaś realna praca.

ale np. to co dziś załątwiałem i kosztowało mnie 12 pln to było przystawienie pieczątki i podpis.

pazerność naszej administracji na pieniądze jest nieogarnialny.

oczywiście koszt 200pln które płaci bank też realnie uderza we mnie, bo przecież bank sobie to odbija odpowiednio “kosztami operacyjnymi", lub (jeśli stosuje 0% kosztów operacyjnych) podbijając oprocentowanie.

dodatkowo – tak z 2 tygodnie temu ukradli mi tablice rejestracyjne. koszt nowych tablic i dowodu rejestracyjnego: 187.5 pln! za co?

czy gdzieś można się dowiedzieć na co ta kasa idzie?

x-men 3

jestem fanem filmów opartych na komiksach. staram się znaleźć w każdym coś fajnego.

tak tak abyście wiedzieli czyją opinię czytacie 🙂

w dużym skrócie: podobało mi się.

singer (facet który reżyserowam x-men i x-men 2) robił lepszą robotę. rattner jest gorszy. film momentami trąci infantylizmem i jakoś w ogóle nie czuć tego co było w 1 i 2 – jakiejś takiej “walki o lepszy byt, brak podziałów". jest kilka komunałów i sporo efektów specjalnych.

jeśli oglądaliście trailer to wiecie kto żyje. ale jeśli myślicie, że to koniec niespodzianek – przygotujcie się na sporo więcej. naprawdę sporo więcej.

nie chcę zdracać fabuły i zwrotów akcji – powiem tylko, że się nie nudziłem, moja pani która za ekranizacjami komiksów nie przepada wyszła z kina zadowolona (po zakończeniu filmu, nie w trakcie).

jeśli miałbym się do czegoś konkretnie przyczepić, to do tego co wszyscy recenzenci: jest pokazana kupa nowych mutantów tylko i wyłącznie po to by pochwalić się grafiką komputerową i efektami. przewijają się tonami przed oczyma i nic z tego nie wynika. nic o nich nie wiemy, giną, albo i nie i ani nas (widzów) to grzeje ani ziębi. ot. statyści. pokazani przez 30 sekund by pokazać jakąś sztuczkę magików od efektów.

na koniec – i to nie jest spojler!

poczekajcie na koniec filmu. prawdziwy. za napisami.

o mało co nie wyszedłem jak pojawiły się napisy, ale przypomniałem sobie w porę, że po napisach ma być króciutka (coś z 20 sekund) scenka mająca podobno spore znaczenie. poczekałem.

wyszli wszyscy z sali. doczekałem się. i zdecydowanie nie żałuję.

teraz pozostaje czekać na x-men 4, a w międzyczasie wolverine (zapowiadany na 2007), aczkolwiek nie wiem czy debiutant (benioff nigdy niczego nie reżyserował, co najwyżej pisał scenariusz) da się radę wpasować w historię opowiedzianą nam przez singera i rattnera.

nowi “zieloni”

czytałem sobie ostatnio o nowym, odrodzonym ruchu “envoronmentalists" na zachodzie.

pierwsi zieloni uważali, że uratujemy ziemię, rezygnując z samochodów, i kupy innych rzeczy. efekt – większość ich olała – w końcu ile ludzi zgodzi się na to by pozbawić się samemu czegoś potencjalnie ważnego dla celu który efekt osiągnie za kilkaset lat? niewiele.

teraz pojawił sięnowy nurt.

dla ludzi którzy chcą dobrze dla ziemi pojawiają się produkty które po porsut kosztują więcej niż porównywalne nie-ecofriendly.

ma to pewien sens.

przykładem ogniwa fotoelektryczne. jakiś czas temu kupno czegoś takiego do położenia na domu było ekstrawagancją. oczwiście rachunek za prąd malał, ale koszt położenia był wyższy niż zsumowany zysk z niższych rachunków.

ale ci co chcieli pokazać, że dbają o ziemię i tak kupowali.

było ich dosyć dużo. wystarczająco by ruszył efekt skali. teraz w stanach opłaca się już kłaść ogniwa – bo są tańsz i przynoszą realne oszczędności.

o żarówkach energooszczędnych każdy słyszał. a o żarówkach led? podobno (piszę na podstawie artykułu z wired, z maja 2006) żarówki energooszczędne zuzywają 25% tego co normalne i wystarczają na 10 razy dłużej. żarówki led'owe pobierają 10% tego co normalne i wystarczają na 100 razy. dłużej. i kosztują $60 za sztukę.

hmm .. z jednej strony – nie przyniosą mi one zysku teraz – wątpię by koszt żarówki mi się zwrócił za mojego życia. ale jeśli rozpatrzę to tak, że każda taka żarówka którą teraz za $60 kupię, przyczyni się do tego, że wzrasta popyt – może warto? może za chwilę będą tańsze? nie dla mnie – ja już będę miał. dla innych.

takich przykładów jest sporo. w stanach podobno (znowu, za wired) jest bardzo popularne jedzenie (i nie tylko, także ubrania) “organiczne". czyli uprawiania bez używania pestycydów i innej chemii. takie żarcie było dużo droższe na początku. ale okazało się, że jest tym zainteresowane tyle ludzi, że producenci zaczęli chcieć takie sprzedawać. i ceny spadły. i nawet ich lokalny tani supermarket wal-mart sprzedaje teraz jedzenie organiczne.

wydaje mi się, że stoimy przed swego rodaju rewolucją w postrzeganiu ekologii. nie jako wyrzeczenia – tego nie będę miał. a jedynie – będę miał, ze trochę więcej. a za pewien czas – bez wyrzeczeń. hybrydy (samochody) stają się coraz tańsze – im więcej ludzi kupuje tym niższe są jednostkowe koszty na badania. tym lepsze są hybrydy, tym więcej ludzi je kupuje.

czy sam kupię priusa? nie. mam dwoje dzieci, potrzebuję czegoś większego. a na lexusa rx400h mnie nie stać.

ale jak będę budował dom, to zdecydowanie poszukam firm zakładających lepsze izolacje, czy ogniwa fotoelektryczne. nie dla zysku finansowego – on jest miły, ale nie zwróci kosztów. po to by pokazać, że można.

kończąć – pewnym natchnieniem do tego wpisu jest firma biota spring water ze stanów. produkują butelkowaną wodę w plastikowych butelkach. tylko, że ich plastik jest zrobiony z kukurydzy. i po zakompostowaniu w ciągu 80 dni się całkowicie rozkłada. w polsce jeszcze ich nie kupię. ale mam nadzieję, że kiedyś się pojawią.

windows vista – przyszłość?

oglądałem ostatnio kilka klipów pokazujących feature'y visty.

i muszę przyznać, że mi się podoba.

intefejs jest ładny, funkcjonalny. podoba mi się wyszukiwanie programów po nazwie w menu “start", podoba mi się nowy help, podoba mi się przełączanie okien czy podgląd zawartości okna z taskbara.

wiem, że wymogi sprzętowe nie są niskie, ale w końcu nie wymagają czegoś nierealnego.

od jakiegoś czasu wkurza mnie linux. może to dlatego, że czegoś nie umiem dokonfigurować czy cośtam, ale mam wrażenie, że w windows wszystko działa “prościej". oczywiście oni mają też problemy. każdy ma. ale jak vista wyjdzie (tak, wszyscy wiemy o opóźnieniach), na pewno sobie obejrzę aby móc samemu ocenić czy to czasem nie jest lepszy system.